czwartek, 13 października 2011

Armando


Znudzony Armando przysiadł przy stoliku, sięgnął po kanapeczkę, która lepiej wyglądała, niż smakowała i spojrzał na zegarek. Dochodziła północ, a jej jeszcze nie było. Zdawał sobie sprawę, że zagraniczni kontrahenci wymagają uwagi i oczekują profesjonalnej obsługi, lecz na miłość boską – nie przez 24 godziny na dobę. Przez cały dzień nie miał możliwości zwrócenia na siebie jej uwagi, gdyż była w stu procentach zaangażowana w swoje zadanie. Jak zawsze skupiona i do granic możliwości zorganizowana, całą sobą starała się ich zadowolić, by w ostatecznym rozrachunku zechcieli podpisać kontrakt.
Armando włożył do ust całą kanapeczkę i znów spojrzał na zegarek. Było pięć po północy.
Czy zauważyła ten liścik, który zostawił jej na biurku? Miał nadzieję, że tak. Miał nadzieję, że przeczytała go i zastosuje się do zawartej w nim jego prośby. Prosił, by pojawiła się na przyjęciu o jedenastej. Pragnął jej widoku, a jeszcze bardziej chciał czuć zapach jej perfum mieć świadomość tego, że jest blisko. Dzięki jej obecności łatwiej byłoby mu znieść te beznadziejne rozmowy z podstarzałymi szefami i śmiech z ich przygłupich dowcipów przychodziłby mu łatwiej. A potem… Potem chciał odebrać nagrodę za tę męczarnię. Pragnął zobaczyć ją w tym czarnym pół gorseciku, a właściwie koszulce, którą wysłał dziś rano do jej biura. Oczyma wyobraźni widział złocistą skórę jej sutków prześwitującą przez koronkę w staniku i kształtną talię rysującą się pod materiałem dalszej jej części. W myślach dotykał fragmentów jej ponętnych ud, które objawiała przestrzeń między majteczkami i pończochami. Czuł jej ciepło…
Znów spojrzał na zegarek. Pomyślał, że czas płynie niesłychanie wolno i znów pogrążył się w myślach, w których układał scenariusze wieczoru, podczas którego zamierzał doprowadzić ją do utraty przytomności. Pragnął używać do tego warg i języka. Chciał zgłębić każdy centymetr jej ciała, drażnić ją, doprowadzać na szczyt rozkoszy, nie pozwalając osiągnąć spełnienia. Kiedy zaczęła by go błagać, o zaniechanie, podwoiłby wysiłki, w efekcie czego, oszalała pocałowałaby  go z jej tylko właściwą dziką pasją i namiętnością i użyła go dla własnej rozkoszy. Uwielbiał sprawiać przyjemność kobietom. To najbardziej pobudzało jego podniecenie, ale także sprawiało, że wszystkie spotkane do tej pory uwielbiały go za tę uwagę, którą im poświęcał i rozkosz, którą im ofiarował. Ale co mu po innych kobietach. Chciał ją, a jej nadal nie było.
Podniecony od swoich myśli sięgnął po kolejną kanapeczkę i kolorowego, zimnego drinka, by uspokoić zmysły. Jeszcze chwilkę, pomyślał,  pójdzie do toalety i sam się zaspokoi. Od tego oczekiwania  zaczynał się denerwować i napinać, a dzisiaj, chciał zawładnąć jej ciałem i umysłem. Skumulowane do granic wytrzymałości podniecenie na pewno mu w tym nie pomoże.
***

Przyszła. Od chwili, gdy przekroczyła próg klubu, jej oczy biegały po twarzach gości w poszukiwaniu Armanda. Wśród sterty wstępnych projektów asystentów znalazła jego liścik, w którym prosił aby pojawiła się na przyjęciu i trwała u jego boku wobec rzeszy nudnych i podstarzałych biznesmenów, którzy robiąc dobre miny do złej gry, w pozorach sympatycznej atmosfery, prawiąc sobie na wpół szczere komplementy, załatwiali interesy. Jeśli chciało się istnieć na rynku, trzeba było brać udział w tych przyjęciach. Dobrze o tym wiedziała i mimo niechęci do tego typu spotkań, sama namówiła Armanda, by przyszedł tu i uśmiechał się jak playboy z pierwszej strony Vouge’a, podając rękę niezliczonej ilości osób, wypytując o ich wnuki i w ten sposób zapisując się w ich pamięci, co w przyszłości mogło by zaowocować podpisaniem umowy.
Kiedy jej oczy spotkały się z oczami Armanda, ujrzała w nich dziki błysk. Wiedziała, że to mieszanka poddenerwowania i pożądania. Spóźniła się, bo Lao Whing przedłużał oglądanie ostatniego placu budowy, a w ostatecznym rachunku zaprosił ją na kolację. Musiała elegancko odmówić, jednocześnie dając mu do zrozumienia, że jej niedostępność nie jest grą dam z wielkiego towarzystwa, mającą na celu rozognienie jego uczucia, jakie by nie było, lecz jest stanowczą odmową. Wymagało to niezwykłej delikatności, gdyż zbyt wiele wysiłku włożyła, w przygotowanie kontraktu z Lao i w 99 procentach była pewna sukcesu. Jeden taki mały drobiazg, jedno małe, nic nie znaczące słówko, mogło popsuć wszystko, a do tego nie chciała dopuścić…
Poza tym musiała zrobić się na bóstwo, a każdy wie, że sztuka i piękno potrzebują czasu. Nie miała go zbyt wiele, więc na parkingu, w samochodzie zrzuciła kajdany w postaci służbowego garnituru i przebrała się w prezent, który przysłał jej Armando. Na to założyła karminową suknię, którą ubóstwiała. Materiał zakrywał jej ciało od szyi do stóp. Stójka przy kołnierzyku oraz powłóczysta spódnica tej sukni, nadawała jej lekko orientalny charakter. Można by było zaryzykować stwierdzenie, że jest to strój nadzwyczaj skromny, gdyby nie fakt, iż materiał opinał ciało tak szczelnie, jak trykot gimnastyczki artystycznej. Wobec tego nie mogła ujść uwadze jej nadzwyczajnie dobra figura – jędrne piersi, szczupła kibić i pośladki tak apetyczne, że chciałoby się je głaskać i pieścić godzinami. Rozpuściła włosy i przeczesała je palcami.
***

Armando śledził ją wzrokiem. Był zły, że przyszła tak późno. Wykalkulował sobie, że o północy zabierze ją stąd, a tymczasem musiał czekać. Nie wypadało opuścić przyjęcia tak prędko, zwłaszcza, że pojawiła się przed pięcioma minutami.

Nienawidził tej karminowej sukienki. Zakrywała jej ciało tak szczelnie… Zastanawiał się, jak można założyć na siebie taki kaftan?! To coś pod samą szyję chyba utrudniało jej oddychanie. Choć z drugiej strony obcisły materiał tak pieścił jej ciało, że jedynym polem dla wyobraźni było imaginowanie sobie, jaką ma bieliznę lub czy w ogóle ją ma. A to było bardziej podniecające, niż głęboki dekolt. Takie dekolty miały wszystkie kobiety. A on pragnął jej. Tu i teraz. Natychmiast.

Ona nie zwracała na niego uwagi. Rozmawiała z gośćmi sącząc przez cały wieczór jeden kieliszek szampana. Alkohol jej nie służył. Mówiła, że wysusza skórę.
Kiedy ich oczy spotykały się, spojrzenia plotły coś na kształt niewidzialnego walca. Tańczyli taniec miłości. Jego wzrok lubieżnie dotykał jej piersi, brzucha, ud. Ona mrużyła oczy, którymi następnie całowała jego usta, szyję i penisa. Ten wzrok doprowadzał go do stanu krytycznego. Gdyby nie ci ludzie wokół, zerwałby dzielącą ich przeszkodę – cholerną suknię – i zająłby się jej ciałem. Drażniłby piersi, masował łono. Oddechem, rozgrzałby jej łechtaczkę…

Kiedy podeszła do stolika po kolejny kieliszek szampana, nie wytrzymał. Chwycił ją za nadgarstek, obrócił w piruecie i przytulił się do jej pleców. W powszechnie panującym w pomieszczeniu gwarze, nikt nie zwrócił na to uwagi. Ustami lekko musnął jej kark i wtulił się w nią tak, że na pośladkach poczuła jego męskość. Przymknęła powieki i zamruczała cichutko jak kotka.  
Trzy minuty później byli w samochodzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz